sobota, 28 grudnia 2013

Rozdział III- Witaj w codzienności part2

   Lekcja przeminęła całkiem nudno z tego też powodu, że nic się z koleżanką nie odzywała. Następnie Nadzieja szła pod klasę od matematyki. Przerwa trwała 15 min. Kiedy odłożyła różową torbę z koniczynką poarła jedną nogę na ścianie. Podeszła do niej pewna dziewczyna.
-Hej. Nowa?-przywitała się.
-Emm. Tak, hej.-odpowiedziała nieśmiało Nadzieja.
-Jestem Tamara. A ty to pewnie Nadzieja?-mówiła towarzyska dziewczyna.
-T-Tak.-odpowiedziała zdesperowana Nadzieja.
-Wiesz. Na matmie siedzimy zawsze jak nam się podoba. Siądziesz ze mną?-spytała miło Tamara
-...Okej-odpowiedziała pewniej. Po chwili Tamara poszła z nią na szkołę. Oprowadziła poznały się.-Nadzieja nie powiedziała jej o mocach...- Kiedy zadzwonił dzwonek dziewczyły ruszyły do drzwi od sali. Usiadały na wolne miejsca i nudziły się. Dlaczego? Nauczyciel nic nie robił... gadał całą lekcję gadał o tym samym. Następną lekcją był język polski.

   Tamara siedzieć miała z nijakim Kubą. Kuba był brązowo okim i włosym chłopcem. Jednak był on chamski - typowy podrywacz. Nadzieja usiąść z dziś nieobecnym tzw. Maksem. Miłym i czułym brunetem. Na dzisiejszej lekcji Nadzieja siedziała sama co jej nie wadziło bo tak naprawdę nie wiedziała kim jest Maks. Mniejsza. Dzień zleciał leniwie. Lekcje szybko przeminęły ale najważniejsze było to, że ona i Tamara zaprzyjaźniły się. Nadzieja była bardzo szczęśliwa, że w końcu zsykała koleżankę. Po szkole Tamara obiecała odprowadzić Nadzieję pod dom. Zajęło im to 40 minut ale opłacało się, ponieważ dziewczyny dowiedziały się, że mieszkają naprzeciw siebie. Dosłownie. Nadzieja pod 4 a Tamara pod 3! Dzieliły je 3 metry, a przez balkony można było wręcz przejść. Tamara okazała się niezwykłą przyjaciółką. Nadzieja bardzo cieszyła się, że ma taką koleżankę jak ona. Ale zawsze musiało być coś wspak. Wieczorem w piątek na sobotę umówiona z Tamarą do galerii tak była podniecona, że bardzo szybko jej pokój stanął w płomieniach... Najpierw bardzo ucieszyła się trzymając książkę, która zagrzała się gdy ją odłożyła zaczęła się palić i w 2 sekundy cały pokój ogarnął upał. Nie spowodował żadnych zniszczeń prócz książki. Nadzieja ze strachu upadła i krzyknęła. Do pokoju wbiegła Marta. Szybko ogień przysłoniła kocami lężącymi obok niej na łóżku Nadziei, a ją samą zabrała na kanapę w salonie. Przeszły przez długi korytarz na którego dwóch ścianach na przeciwko była toaleta i łazienka. Marta i jej córka przeszły obok jednego światła przy drzwiach łazienki i skręciły w lewo do salonu. Posadziła Nadzieję na dużą, luksusową kanapę i szybko pobiegła otworzyć okno w jej różowym pokoju. 
-Jak to się stało?-spytała Marta siedząc obok niej na kanapie.
-Ja-ja nie wiem dokładnie ale...-Nadzieja odstawiła kubek z gorącą herbatą na stolik do kawy stojący przed nią, a naprzeciw niego był 50''* telewizor plazomwy.-Bardzo ucieszyłam się i chyba, aż podgrzałam książkę a ona następnie spłonęła...
-W takim razie kochanie musisz ograniczyć nagły przypływ emocji np. adrenaliny, wybuchów śmiechu, histerii czy euforii.
-Dobrze mamo, to ja już idę spać. Dobranoc-Nadzieja wyszła z salonu i kierowała się do pokoju.
-Dobranoc-powiedziała Marta gdy Nadzieja była jeszcze przy drzwiach.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział II - Witaj w codzienności part1

   Był słoneczny dzień. Zbliżał się już ranek. Nadzeja nie mogła spać z myślą, że w połowie roku dołączy do klasy której nawet nie zna... Jednak nie mogło być aż tak źle. Albo i mogło... Jak Nadzeja miała sobie poradzić w towarzystwie obcych osób? Jak zachowałaby się w wątku ze swoimi mocami? Postanowiła się przejść.

   Jak wyżej wspomniałam był słoneczny dzień. Jednakże w Nibulu była zima-początek 2 semestru roku szkolnego. Na zewnątrz panował mruz i niebyło ni żywej duszy. Na trawniku wielkim jak pole leżał nietknięty śnieg od którego delikatnie odbijały się słoneczne promienie powoli topiąc zewnętrzną warstwę. Po chwili został on przydeptany przez Nadzieję. W miejscu gdzie postawiła nogę śnieg stopniał i wyrosła malutka stokrotka. Było tak za każdym udeptaniem śniegu. Rosła 1 lub dwie czasem w ogóle. Przechadzała się tak Nadzieja z nadzieją, że znajdzie coś dzięli czemu się odnajdzie. Jednak myliła się. Po pewnym czasie wruciła do domu.

   Nadzeja zamknęła się w pokoju zatrzskując drzwi tak, że nikt nie mógł wejść. Zrobiła to przypadkowo... Następnego dnia miała iść do szkoły a gdzie się znajdowała nie wiem czy skumacie. Gdy wyszło się z jej domu naprzeciwko był plac trochę po lewej teptak. Jeśli szło się teptakiem w górę dochodziło się do kościoła. Dalej szło się obok ulicy i na skrzyrzownie. Truchtało się boko domków równolegle położonych do Reala. Następnie było rondo. Na przeciwko był Lidl, na północny-zachód jakiś kiosk a po lewej tyły Reala. Jeśli szło by się za właśnie wymienioną nazwą sklepu doszło by się do stacji bęzynowej. Na prawo od niej jakieś pół kilometra dalej była szkoła Nadzei. Dojście tam zajmowało jakieś 30 min...

wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział I - W drodze do naszego świata

   W kraju zwanym polską, gdy słońce było w zenicie w pewnym szpitalu właśnie była zwykła pacjentka. Pacjentka jak każda, duży brzuch z tego powodu, że było to na dziale porodowym, oczy, broda, nos. Ale była to inna pacjentka ponieważ jest to matka naszej jeszcze nienarodzonej bohaterki. Matka ta nosiła zaszczytne imię Marta. Jednak dziwnym było to, że kobieta wylądowała z bólami porodowymi w prawie 7 miesiącu ciąży. Było, aż za wcześnie. Lekarze podejżewali, że maleństwo nie przeżyje. Było to prawie pewne. Kobieta leżała skonana na łóżku.
-Nie martw się-Pocieszał ją jej mąż Adrian- Będzie dobrze. Obiecuję...
-Nic do tego nie masz kochanie...-Marta padała.-Misiu?
-Tak-mówił Adrian
-Zawołaj położną...
-Co się stało??
-Wo-wody mi odeszły.-mówiła słabo kobieta.
Męższczyzna poważnie spojżał na kobietę a jego zielenice zmniejszyły się. Szybko pobiegł poinformować położną.

   Marta rodziła. Jej mąż stał tuż obok trzymając jej siną rękę. Tętno zmęczonej kobiety powoli zniżało się... Przed jej oczami przelaciały ostatnie chwilę. Widziała jazdę. Do szpitala. Było ciemno i zimno. Nagle auto wpadło w poślizg. Wylądowało na drzewie. Z jej oczu wypłynęła jedna łza która zawierała wszystkie ostatnie wydarzenia. 
-Miej nadzieję kochanie. Miej nadzieję.-powiedział Adrian.
Kobieta za rozkazem lekarza zaczęła przeć. Godzina minęła jak 4, ból jak obrywanie ze skóry i  łamanie kości... Kobieta straciła nadzieję. Nagle podszedł do niej lekarz tyrzymający coś na ręce. Położył jej malutką dziewczynkę na ręcę a jego oczy mówiły "Ona żyje!". Marta spojżała w jej czarne oczy. Choć ma już 4 dzieci jeszcze nigdy nie czuła się tak dobrze patrząc prosto w oczy swojego dziecka.
-Jakie da jej pani imię?-spytał lekarz. Marta raz jeszcze zajżała głęboko w oczy maleńkiej. 
-...Nadzieja...-powiedziała, a położne zabrały dziecko do przemycia. 
   Nadzieja nie dorastała łatwo. Mieszkała z ciocią oraz wujkiem ponieważ matka miała zbyt wiele dzieci. W wieku 8-14 lat nikt jej nie lubił. Nie miała przyjaciół. Uwarzano ją za dziwoląga, głównie przez jej imię. Nadzieja. Nikt nie wieżył, że takie istnieje. Biedna nigdy nie miała przyjaciół. Mieszkała na drugim końcu kraju niż gdzie powinna. Kiedy miała 10 lat odkryła swoją moc. Jak i gdzie nie wiem nikt. Jej wujkowie przerazili się i poinformowali rodziców. Myślała, że przez 4 lata, że jej przejdzie jednak myliła się. Na urodziny w magiczną datę 1 stycznia wróciła do rodziców ponieważ ich dzieci wyprowadziły się. 
 

Witajcie

   Witajcie w kolejnym blogu Caro. Jest to blog fantastyczny gdzie dodawane będą moje opowiadania. Jednak na nie przyjdzie czas ponieważ najpierw muszę zająć się zakładkami - Bohaterami. Mam ogromną nadzieję, że mój blog spodoba Wam się. Jeśli jesteś bardzo doświadczonym bloggerem możesz napisać co robie źle a co dobrze ;)

~Wasza Caro♥