W kraju zwanym polską, gdy słońce było w zenicie w pewnym szpitalu właśnie była zwykła pacjentka. Pacjentka jak każda, duży brzuch z tego powodu, że było to na dziale porodowym, oczy, broda, nos. Ale była to inna pacjentka ponieważ jest to matka naszej jeszcze nienarodzonej bohaterki. Matka ta nosiła zaszczytne imię Marta. Jednak dziwnym było to, że kobieta wylądowała z bólami porodowymi w prawie 7 miesiącu ciąży. Było, aż za wcześnie. Lekarze podejżewali, że maleństwo nie przeżyje. Było to prawie pewne. Kobieta leżała skonana na łóżku.
-Nie martw się-Pocieszał ją jej mąż Adrian- Będzie dobrze. Obiecuję...
-Nic do tego nie masz kochanie...-Marta padała.-Misiu?
-Tak-mówił Adrian
-Zawołaj położną...
-Co się stało??
-Wo-wody mi odeszły.-mówiła słabo kobieta.
Męższczyzna poważnie spojżał na kobietę a jego zielenice zmniejszyły się. Szybko pobiegł poinformować położną.
Marta rodziła. Jej mąż stał tuż obok trzymając jej siną rękę. Tętno zmęczonej kobiety powoli zniżało się... Przed jej oczami przelaciały ostatnie chwilę. Widziała jazdę. Do szpitala. Było ciemno i zimno. Nagle auto wpadło w poślizg. Wylądowało na drzewie. Z jej oczu wypłynęła jedna łza która zawierała wszystkie ostatnie wydarzenia.
-Miej nadzieję kochanie. Miej nadzieję.-powiedział Adrian.
Kobieta za rozkazem lekarza zaczęła przeć. Godzina minęła jak 4, ból jak obrywanie ze skóry i łamanie kości... Kobieta straciła nadzieję. Nagle podszedł do niej lekarz tyrzymający coś na ręce. Położył jej malutką dziewczynkę na ręcę a jego oczy mówiły "Ona żyje!". Marta spojżała w jej czarne oczy. Choć ma już 4 dzieci jeszcze nigdy nie czuła się tak dobrze patrząc prosto w oczy swojego dziecka.
-Jakie da jej pani imię?-spytał lekarz. Marta raz jeszcze zajżała głęboko w oczy maleńkiej.
-...Nadzieja...-powiedziała, a położne zabrały dziecko do przemycia.
Nadzieja nie dorastała łatwo. Mieszkała z ciocią oraz wujkiem ponieważ matka miała zbyt wiele dzieci. W wieku 8-14 lat nikt jej nie lubił. Nie miała przyjaciół. Uwarzano ją za dziwoląga, głównie przez jej imię. Nadzieja. Nikt nie wieżył, że takie istnieje. Biedna nigdy nie miała przyjaciół. Mieszkała na drugim końcu kraju niż gdzie powinna. Kiedy miała 10 lat odkryła swoją moc. Jak i gdzie nie wiem nikt. Jej wujkowie przerazili się i poinformowali rodziców. Myślała, że przez 4 lata, że jej przejdzie jednak myliła się. Na urodziny w magiczną datę 1 stycznia wróciła do rodziców ponieważ ich dzieci wyprowadziły się.
Jesteśmy w pewnym dużym mieście zwanym Nibul. Nadzieja właśnie wraca do domu. Nie pewnie wchodząc na klatkę powoli stawiała kroki na schody. Powoli otworzyła drzwi od mieszkania na pierwszym piętrze. Weszła i zobaczyła całą rodzine(Martę, Adriana, 2 5letnie bliźniaczki) ale 18letni brat siedział na internecie w pokoju.
-Hej skarbuś!-Przytuliła ją mama.
-Stęskniłaś się?-Spytał Adrian
-Wiesz wujku...em...tato. Znam was tylko ze zdjęć- mówiła nieśmiało Nadzieja.
-Może i tak ale stęskniłaś nie??-powiedziały równo bliźniaczki przytulając się do nóg dziewczyny.- Ja to Zofia-odezwała się niższa jakieś 2 cm. A ja Liza - powiedziała wyższa. - No dobra jest odwrotnie-powiedziały znów równo i zaśmiały się.
-Taak. - Mówiła zdesperowana nastolatka.
-W pokoju jest Kamil.- uznała Marta
-Ciągle na tym internecie...-mówił oburzony Adrian.
Dom Tokarków był duży. Nadzieja miała średniej wielkości pokoik na końcu mieszkania. Był ładny i przytulny. Właśnie tam Nadzieja miała rozpocząć nowy rozdział swojego życia...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz